Mandarynka, jak powszechnie wiadomo, jest głównym owocem jedzonym w czasie świąt. No i może jeszcze winogrona, ale te się pije - doskonale wiecie co mam na myśli. Ja święta miałam pracowite, jadłam mało. Na siłowni siedziałam dwa razy dłużej niż zwykle. A wszystko dlatego, że siłownia pomaga mi zachować równowagę psychiczną. Wściekam się, idę na siłownię. Jest mi smutno, idę na siłownię. Popodrzucam sobie 60kg, poniosę 80 i po godzinie takiego wysiłku nie pamiętam nawet jaki miałam problem. Na siłownię chodzę bez makijażu, ale zaraz po treningu się maluję bo... praca. Raz pomyliłam palety, wzięłam jakąś magnetyczną z totalnie randomowymi kolorami i... wyszło to. Tytułowa mandarynka nawiązuje do pomarańczowego cienia, który zawsze miał lecieć do kosza ale coś sprawiało, że go zostawiałam. Nie pytajcie mnie o marki, nie pamiętam nic a nic :)
Na blogu będę, ale jeszcze przez jakiś czas będzie mnie mniej, bo czasu mi nie starcza. Na nic, dosłownie. Ostatnio mój standardowy dzień wygląda tak: siłownia, praca, siłownia, dom. Szybki prysznic, kanapka, 2-3 strony książki do przeczytania i sen. Na szczęście święta już za nami, więc liczę na luźniejszy styczeń :)
Ja zjadłam aż jedną mandarynkę w święta - u koleżanki;))
OdpowiedzUsuńA ja zero,bo jak obieram to mi te białe paprochy pod paznokcie wchodzą a ja się potem jak głupia muszę gdzieś koło oka podrapać i to boli :D
UsuńBardzo mi się podoba ten makijaż!!
OdpowiedzUsuńDziękuję! :)
UsuńOoo a mnie się ten złoty błysk podoba :D Weź wracaj już co :)
OdpowiedzUsuńWracam!
UsuńFajny :D
OdpowiedzUsuńDziękuję! :)
Usuń